90 procent młodych ludzi poszukuje w Internecie „bieżących wiadomości na temat idoli muzycznych, nowych przebojów, nagrań, filmów, życia gwiazd show-biznesu”. [ref]Jacek Kurzępa, Zagrożona niewinność. Zakłócenia rozwoju seksualności współczesnej młodzieży, Kraków 2007, s. 208.[/ref] Z odnalezionych video-artefaktów bije moc oświecająca drogę postępowania z wciąż odkrywanym światem. Przez drogę tę przemierza się wesołym, frykcyjnie-tanecznym krokiem, rozgarniając rękoma większość napotkanych przeszkód.

Porno i wrażenie namysłu.

Obrazy zapożyczone z teledysków – szybkich instrukcji wzorów zachowań, których stosowaniem można podnieść rangę w obrębie danej grupy– są skazane na „ciepły” odbiór, gdyż od 80 do 90% informacji o świecie pobieramy za pomocą (głodnego) wzroku. Co więcej, patrząc w rytm hipnotyzujących – mniej lub bardziej atrakcyjnych – kompozycji, akceleracja odbioru wzrasta. Bombardowanie zmysłów na dwóch najważniejszych frontach, dla większości odbiorców, stanowi blitzkrieg nie do obrony (Inna kwestią jest, to czy samoobrona jest w ogóle brana pod uwagę i czy w takim razie należy ją rozważać?).

Na te, średnio, cztery minuty trwania teledysku wytworzony zostaje okrągły, niewidoczny gołym okiem hełm. Hełm na kształt elementu pierwszych skafandrów dla nurków, nie przepuszczający innych wrażeń i ściśle krytycznej refleksji; aczkolwiek nieszczelny i pozwalający na cyrkulację tylko mieszanki powietrza oraz obrazów i dźwięków zapożyczonych z muzycznych materiałów audio-video. Należy przy tym zaznaczyć, że wytwarzanie hełmu jest iście ludzką zdolnością przeznaczoną nie tylko dla sytuacji związanych z odbiorem materiałów audiowizualnych (Często nie jesteśmy w stanie dostosować srogiego spojrzenia do atrakcyjnych danych z rzeczywistości). Nie jest to zatem sprytny wybieg twórców teledysków, aczkolwiek techniki wykorzystywania tej słabości mają najpewniej opracowane dość dokładnie.

Za jeden z mniej obrazoburczych klipów można uznać „Justify my Love”, w wykonaniu rozporządzającej niegdyś normami życiowego freestylu Madonny. Czarno białe „dziełko” z lat dziewięćdziesiątych pląsa w tematyce erotycznych fetyszy. Jest to chyba jeden z bardziej artystycznych wybiegów, jednocześnie z wyraźnym pociągnięciem za struny pop-intelektualizmu. Finałowa klatka ukazuje sentencję, która automatycznie zwiększa wartość erotyczno-cyrkowych  – „Biedny ten, kogo przyjemności zależą od przyzwolenia innych”. Czyż nie brzmi donośnie? Waga dobrze dobranych słów może przelać szalę postrzegania zjawiska i zinternalizować je do puli schematów codziennego namysłu.

Czas życia zostaje odrealniony, bo jakże może być prawdziwy skoro jedyną znaną sytuacją jest hipnotyczny stan ekstazy. Stan dodatkowo zapętlony zamkniętą strukturą klipu. Z walizką przybywam i tak samo wybywam, aby pojawić się w podobnym lub tym samym miejscu, w podobnym lub tym samym celu. Czasu nie ma gdyż trudno z niego wyiskać jakąkolwiek zmianę. Danse Erotica będzie się odtwarzać aż do wyczerpania zapasów energii tańczących rekwizytów. Tylko śmierć jest w stanie zaprzepaścić ten rozluźniający efekt. A może śmierć jest już mocno przezwyciężona – przez stan umysłu uwięziony w sytuacjach ściśle związanych z błyskawicznym powtarzaniem, tego co najbardziej przyjemne. Linearne istnienie o charakterze powolnego dogasania zatrzymuje się w momencie najkorzystniej „wypozycjonowanym” na te właśnie przeżycia.



Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość równie mocno spieczone są w ociężałej atmosferze klipu grupy Placebo. W zasadzie spornifikowany czas przygwożdżony jest do sytuacji, z której nie ma wyjścia nawet poprzez finalny akt erotycznego spełnienia. Opowiedziana historia nie ma konkretnego końca. Następuje jedynie wieczna rotacja aktorów na scenie – w tym wypadku uprawiających swoiste „syzyfowe prace”? Banalny wers piosenki „Protect me from what I want” ma być zatem prostą kokieterią, czy może jest przywołaniem chęci wyrwania się z orbity obłędnego, męczącego, acz atrakcyjnego świata?

Trudno silić się na przełamanie stereotypu grupy muzycznej pragnącej wyrwać się z tego, co zazwyczaj jest jednym z podświadomych celów jej istnienia. Jednakże z drugiej strony nikt nie zabrania umiejętnego stosowania intelektu, w celach wzbogacenia grupy odbiorców o nową pulę krytycznych uwag w stosunku do rzeczywistości, czynionych za sprawą wizerunku i tekstów piosenek ich ulubionego, „profetycznego” zespołu.

W tak subtelny sposób najłatwiej wznieść monument wskazujący właściwą drogę postępowania. Kolejny sposób jest dosłowny i tym samym  jeszcze bardziej przemawiający do emocji odbiorców.

Klasyka gatunku – porno-zabawa

Prawdziwe wióry pornobiznesu są proste, ubrane w czystą rozrywkę i pachną niekoniecznie czystymi pieniędzmi. Dlaczego zatem twórcy teledysków mieliby sięgać głębiej i traktować człowiecze skłonności do ekscesu w kategoriach tzw. przyczynku do namysłu nad ludzką naturą? Ludzka natura jest prosta, a globalne rozluźnienie obyczajów, m.in za sprawą niemożliwego do absolutnej kontroli internetu, umożliwia łatwe i sukcesywne zawłaszczanie pola wyobraźni, narzucanie łatwych skojarzeń, ukazywanie niezbędnych do zdobycia atrybutów, które będą kluczem do osiągnięcia upragnionego celu. Kilka kolejnych „video-instrukcji” poniżej.

Uniwersalizm tematyki kolejnych klipów zdecydowanie łączy, często zwaśnione, subkultury odpowiadające konkretnym stylom muzycznym. Różnice występują tylko w podejściu do tła; jedne są bardziej frywolne, inne stadne i zdecydowanie naturalne, kolejne okraszone szczyptą wymiocin. Wszystko przy akompaniamencie uśmiechniętych twarzy aktorek-rekwizytów, wprawianych w ruch zgodnie z regularnością występowania chuci, „przyjęcia” lub za garść dolarów (albo kilka dolarów więcej).

Satyra na leniwy zwis

Ban za propagowanie praktyk sado-masochistycznych (poprzez wizerunek na okładce płyty „Liebe ist für alle da”) przytrafił się grupie Rammstein.  Stało się to dobrych kilka lat temu, a blokadę na publiczne odtwarzanie utworów w końcu zdjęto. Najbardziej pornografizujący klip nagrany przez mainstreamowy zespół dostępny jest nawet na YouTube – wyroczni aktualnych kanonów przyzwoitości (klip jest oczywiście zdecydowanie niewyraźny).

Materiał przesycony scenami prosto z filmów pornograficznych, według oficjalnych zapewnień grupy miał być satyrą wycelowaną w seksturystykę uprawianą przez obcokrajowców w Niemczech.

Klip wstrzelił się jednak idealnie w narastającą tendencję do wykorzystywania śmielszych form przekazu przez grupy muzyczne. Wraz z tekstem, na który położono nacisk przez użycie języka angielskiego – „You’ve got a pussy/I have a dick’ah/So, what’s the problem/Let’s do it quick” – cały obraz tworzy niemal idealnie boski kicz. Jest to chyba najpierwsze, niezamierzone (uboczne?) wywołanie katharsis u szerokiej gamy odbiorców, materiałem tego typu. Wstawienie filmu porno do oficjalnego obiegu zastanowiło niejedną osobę, czy przyszłość będzie wyglądać w ten sposób czy nie zmierzamy czasem do lekkiej przesady? Przesadne wykorzystanie nagości jest już standardem (Niemetaforyczne zwyczajne zabawy w rozbieranego, klasycznie są na billboardach, w telewizji, ale coraz częściej w niemal każdym współczesnym spektaklu teatralnym). Przesadne wykorzystywanie aktu kopulacyjnego dopiero stanie się kanonem? Przesadą w kwestiach moralnych jest zwykle, to co może być skonfrontowane z materiałem porównawczym – schematami wypracowanymi przez wieki/dziesiątki lat. W końcu tkanka społeczna rozmięka i przyjmuje transgresje, z których zwyczajnie trudno się wykaraskać, gdyż jest na nie masowe zapotrzebowanie.

***

Ciekawe czy za jakiś czas, gdy wymiana pokoleniowa będzie następowała coraz wolniej i ciężej, produkcje podobne do powyższych zaczną (przy okazji) zachęcać do sprzyjania przyrostowi naturalnemu? Mogą oczywiście pozostać przy ściśle egoistycznym podejściu do proliferacji własnej szczęśliwości w sposób tradycyjnie rozrywkowy. Zaangażowanie w otwarte rozmowy o seksie obleczonym w rozrywkowy wymiar mogą być jednym z niewielu rozwiązań wymierającego społeczeństwa. Społeczeństwo to aktualnie transferuje swoje codzienne wysiłki w celu zbliżenia z kalifornijskim standardem charakteryzującym się dużymi zapasami czasu wolnego, które można spożytkować na flirty i kopulowanie.

Błędne koło pornografii byłoby wielce komiczne, gdyby wszyscy zaangażowani w pragnienie poszerzania pola ekstatycznych wrażeń, przy okazji podatni na erotyczne obrazy przekazu reklamowego, mieli włączyć rozsądek sprzeciwiając się tym samym otwarcie potrzebie spożytkowania przyjemności dla dobra wspólnego – dla odtwarzania gatunku. W zasadzie m.in po to, aby przyjemność mogła trwać w kolejnych pokoleniach. Może zmiana pornograficznego paradygmatu nie zmierza jedynie w kierunku propagowania przemocy.