Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie, Andrzej Depko, Ewa Wanat, 2012

„Chuć to prasiła życia, rękojmia wiecznego rozwoju, wiecznego odchodzenia i wiecznego powrotu, jedyna istota bytu”.

„Na początku była chuć. Nic prócz niej, a wszystko w niej”.

Tak niezbyt marketingowo, a nazbyt filozoficzne rozważał niegdyś (pod koniec XIX wieku) Stanisław Przybyszewski. Rozważał nad przyrodniczną, rozerotyzowaną siłą twórczą, składową rzeczywistości, materiałem spajającym to co się nam przedstawia. W Requiem Aeternam (bo stamtąd cytat na początku) sam przytacza jońskich filozofów przyrody, którzy od „bezkresu” aż po „ogień” promowali swoje teorie na temat pierwotnego budulca natury. Dlaczego więc nie dodać czegoś od siebie – pomyślał Przybyszewski – i dodał bezecną „chuć”. Przyglądając się temu pomysłowi dwa wieki później – w czasach permanentnego realizowania chuci w sferze publicznej – stwierdzić można, że najprawdopodobniej najbliższy prawdzie był właśnie Pan Stanisław.

Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie

Depko/WanatNie o zabytkach literatury jednak mamy rozmawiać, a o publikacji dosyć świeżej, która w formie wywiadu pomiędzy Andrzejem Depko (seksuologiem) oraz Ewą Wanat (dziennikarką) ukazała się nakładem wydawnictwa Wielka Litera.
Czy z filozoficznej chuci Przybyszewskiego zostało coś w tej przyziemnej, tkwiącej w niemal każdym człowieku? Niezbyt wiele, może szczypta solipsyzmu, bo jak wiemy zaspokojenie, a już na pewno parafilii jest aktem, który inne obiekty homo sapiens rozpoznaje jako wartościowe jedynie ze względu na zaspokojenie erotycznych fiksacji. Nie liczy się nic prócz egoistycznego dążenia do upuszczenia pierwotnego napięcia.

Chuć w tym wydaniu to już nie tylko siła, ale także słabość, może trafniej byłoby ją określić jako pułapka lub nawet pewne psychologiczne więzienie. Oczywiście w kontekście książki nie możemy pisać w ogóle o jakiejś filozoficznej chuci, ale jedynie o tej, która związana jest z parafilią – zagadnieniem dokładnie omówionym we wstępie książki. Jeżeli mamy do czynienia z parafilią i jeżeli prowodyrem tego wywiadu jest seksuolog, to możemy być pewni, że dostaliśmy do rąk publikację opowiadającą o ciężkich problemach z seksualnością.

Parafilia to problem niemały. Cóż to takiego? Otóż jest to forma seksualnego zaburzenia polegająca na zafiksowaniu się na seksualne spełnienie tylko przy występowaniu konkretnych (niecodziennych) bodźców – ludzi, rzeczy, sytuacji, butów, kóz, strojów, drzew, kotów, dźwięków, pieluch, zwierząt, bólu, zapachów, a nawet… kupy i wszelkich pozostałych wydzielin ciała ludzkiego. Aby móc w pełni zaspokoić potrzeby tego kalibru, jak nietrudno się domyślić należy wykopać sobie norę, znaleźć kogoś kto podziela takie upodobania i na tym obiekcie dokonać spełnienia. Kto by chciał, na przykład, doświadczać cięgów i podduszania, jednocześnie będąc z tego powodu zadowolonym? Jak się okazuje więcej ludzi niż nam się może wydawać. Duża część gości tak zwanych galerii handlowych. Publika teatrów, kin i cyrków. Pracownicy ostatnich pięter szklanych biurowców oraz niskiej zabudowy biurowej o proweniencji komercyjnej i publicznej. Czy wszyscy oni, na co dzień „normalnie wyglądający”, mają się dobrze? A skoro jest ich aż taka chmara, to czy mogą zaspokajać swoje potrzeby tak łatwo jak może to zrobić ustandaryzowany Kowalski/a z żoną/mężem?
Mówimy o problemach, więc odpowiedź jest prosta – nie mogą. Teoretyczna chuć filozoficzna, to tylko ciekawy konstrukt myślowy w porównaniu z chucią, która musi znaleźć praktyczne ujście, i która związana jest z ciągłym, codziennym działaniem.

W Polsce albo po bożemu, albo w szatańskiej spelunie

Z opowieści kilku osób przedstawionych w książce wynika, że Polska to grunt nie sprzyjający odmienności seksualnej i to takiej, która nie wykracza jeszcze poza normę seksualną (o niej w osobnym rozdziale książki). Co prawda tylko kilka osób to absolutnie niereprezentatywna grupa, ale wybrano zapewne najbardziej „wyrazistych”. Przytoczone historie pochodzą od czterech osób, spośród których tylko jedna czerpie pełnię przyjemności z urozmaiconego seksu z partnerem i może się chwalić swoimi preferencjami znajomym. Niestety tylko dlatego, że mieszka w USA. Pozostałe trzy osoby, to ludzie pełni rozczarowania, przede wszystkim skostniałą mentalnością Polaków oburzonych – mówiąc oględnie – na pozycje inne niż misjonarska. Na pierwszy rzut zmysłów seks kojarzy się z mocnymi, pozytywnymi emocjami  (jeżeli nie są łamane żadne normy społeczne). Z opowieści trzech rozmówców szukających spełnienia w Polsce sączy się aura rodem z filmów relacjonujących życie w czasach PRLu – szare niebo; syf w polskich spelunach dla mniejszości seksualnych, a tam ludzie z wybrakowanym uzębieniem; hektolitry alkoholu bo bez niego ani wte ani wewte. Jedyne rozwiązanie spoczywa na barakach bardziej kulturowo zaawansowanych krajów jakimi np. są Niemcy lub Republika Czeska. Tam kluby są czyste, obsługa niemal hotelowa, a do seksualnych zabaw nie trzeba przygotowywać się zapijając kompleksy litrem wódki.

Pomimo depresyjnego nastroju „Chuci…”, który niejednego czytelnika przyprawi o impotencję, zadziwiać może ranga przedsięwzięć jakie niektórzy są w stanie podjąć, aby przeżyć seksualną transgresję w porządnym środowisku i zaraz potem powrócić do rodzimej codzienności. Migracje ludzi – na gruncie polskim dosłownie cierpiących na parafilię – niemal niczym nie różnią się od lęgowych wędrówek ptaków. Seksualne transfery kompletnie pokrywają się z rozkładem tanich linii lotniczych. Oby dalej od polskiej nietolerancji, polskich sąsiadów-katolików i polskiego braku higieny. Na zachód ku wolności, ekstazie i transgresji. Czy ktoś o upodobaniach podobnych, do przedstawianych przez rozmówców w książce zdziwi się chociaż trochę? Podejrzewam, że nie. Zapewne wiele zależy też od finansowanych możliwości konkretnej osoby. Wiadomo, że tanie linie lotnicze nie dla wszystkich są tanie.

***

Sami autorzy twierdzą, że „celem tej książki jest dostarczenie niezbędnej wiedzy, która pozwoli uwolnić się od upiorów społecznie ustalonych norm ludzkiej seksualności”. Jak wynika z przytoczonych relacji w Polsce normy są jak zwykle wyśrubowane, a skłonność rodaków do piętnowania inności osiąga poziomy zawrotne, więc cel postawiony przez autorów jest jak najbardziej szczytny.

Z teoretycznej, czy może trafniej byłoby napisać terapeutycznej części publikacji, wielu może przynajmniej rozpocząć proces głębszej analizy własnych skłonności, które mogą być przyczyną bojaźni i drżenia o własną normalność. Książka terapii nie zastąpi, ale myślę, że może przekonać (i zapewne powinna) do możliwości skorzystania z porad seksuologa, na polskim gruncie wyjałowionym z edukacji seksualnej, a gęsto obsianym obyczajowym ostracyzmem.